Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Ukraińskie kino. Dzieje sukcesu pewnej reformy
2020-05-29
Andrij Lubka

Styczeń 2020 roku może się zapisać w historii Ukrainy jako najlepszy miesiąc w dziejach ukraińskiej kinematografii. Trafiło w nim do dystrybucji aż pięć ukraińskich filmów: Pekelna Chorugwa, Abo Rizdwo Kozaćke (Piekielna Chorągiew albo Kozackie Boże Narodzenie), Widdana (Oddana), Moji dumky tychi (Moje myśli są ciche), Eks (Eks) oraz Naszi kotyky (Nasze kotki). Pierwsze trzy z wymienionych filmów wyświetlano w tym samym czasie. Rzeczywiście dokonał się przełom – w repertuarze współczesnego komercyjnego kina figurowały aż trzy ukraińskie produkcje naraz! Jeszcze rok temu, nie mówiąc już o pięciu czy dziesięciu latach, nie sposób było sobie takiej sytuacji wyobrazić. Świadczy ona o jednym: ukraińska kinematografia nareszcie zaczęła stawać na nogi.

Staram się uczestniczyć w niemal wszystkich ukraińskich premierach filmowych, zawsze chodzę do kina i kupuję bilet. Dla mnie to inwestycja widza w rozwój ukraińskiej kultury. Wśród nakręconych w ostatnich latach filmów znajdziemy produkcje błyskotliwe, jak Cyborgi czy Iłowajsk 2014, wyraziste stylistycznie, jak Woroszyłowhrad (Woroszyłowgrad) czy Widdana, i dynamiczne, jak Pozywnyj Banderas (Kryptonim Banderas). Niektóre filmy są bardzo słabe – jak Tajemnyj szczodennyk Symona Petlury (Tajny dziennik Symona Petlury) albo Kruty 1918. Pojawiły się także komedie; mnie wydają się jałowe, biją jednak rekordy oglądalności i przynoszą zyski.

Cieszy mnie różnorodność tych obrazów. W żywym kinie muszą być zarówno arthouse, jak i produkcje masowe, głupawe seriale i widowiskowe filmy akcji, dramaty patriotyczno-historyczne i popularne komedie, filmy, które zdobywają laury na międzynarodowych festiwalach, i filmy tak nieudane, że aż zabawne. Tylko taka mieszanka świadczy o pełnokrwistym twórczym i biznesowym życiu kinematografii.

 

Wszystko zaczęło się po Euromajdanie

Na Ukrainie można dziś spotkać się z poglądem, że właśnie w sferze kinematografii reformy okazały się jednoznacznym sukcesem. Rzeczywiście, przed 2014 rokiem kręcono bardzo mało filmów. Na rok przypadała jedna, może dwie premiery, ale nawet te filmy trafiały później przeważnie tylko na festiwale, rzadko docierały do kin nie tylko prowincjonalnych, lecz także stołecznych.

 

Po rewolucji godności nowe ukraińskie władze uświadomiły sobie, że rosyjski produkt informacyjny (książki, seriale, filmy, gwiazdy show biznesu) przez wszystkie minione lata służył jako narzędzie hybrydowego podporządkowania sobie Ukrainy. Zainicjowano wówczas wdrażanie państwowych mechanizmów wspierania rodzimej produkcji filmowej (w części z nich, podobnie jak w przypadku Ukraińskiego Instytutu Książki, w znacznej mierze wykorzystano doświadczenia polskie). Potrzeba było trzech lat i setek milionów hrywien państwowej pomocy, żeby w 2017 roku nareszcie usłyszano o renesansie ukraińskiej kinematografii, a widzowie masowo ruszyli do kin na filmy rodzimej produkcji.

Tak, właśnie wtedy Ukraińcy zaczęli kupować bilety na ukraińskie filmy nie z pobudek patriotycznych, lecz ze względu na atrakcyjność ojczystych obrazów. Co więcej, w 2017 roku ukazało się tyle ukraińskich filmów, że wiele osób nie nadążało z ich oglądaniem. Jesienią premiery odbywały się co drugi weekend: Cyborgi, heroiczne dzieje obrony lotniska w Doniecku, do dziś są uważane za najlepszy ukraiński film; Kontrabas, nieskomplikowana, za to masowa produkcja, nie tylko się zwróciła, ale przyniosła swoim twórcom zysk; Storożowa Zastawa (Strażnica) – to ukraińskie kino dla dzieci i młodzieży można bez wstydu pokazywać także za granicą; rozpoczęto prace nad popularyzacją historii Ukrainy – Czerwonyj (Czerwony), kino akcji o powstaniu żołnierzy UPA w sowieckim obozie, wzbudził przychylne reakcje widzów i dał przyzwoity zysk kasowy.

 

Kino popularne

Na długo przed światowym sukcesem serialu Czarnobyl, który wzbudził nową falę zainteresowania tą tragedią, na ukraińskie ekrany wszedł film Wołodymyra Tychego Brama. To karkołomna rzecz o trzech pokoleniach mieszkających w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia. Głowa rodziny, babcia Prisia, przyjaźni się z rusałkami, od czasu do czasu zajada halucynogenne grzyby, a w czasie II wojny światowej załatwiła dwunastu esesmanów. Mieszkają z nią wnuk Wowczyk i chorowita córka Sława, którą swego czasu porzucił mąż. Harmonia ich życia zostaje nagle przerwana. Babcia Prisia otrzymuje mistyczną przestrogę przed katastrofą, która ma nastąpić wkrótce i której należy zapobiec. Fabuła filmu jest naprawdę nieprzewidywalna, a zwroty akcji niebanalne i ambitne. Dwiema najmocniejszymi stronami Bramy są znakomita obsada aktorska (ostatnimi laty na Ukrainie dojrzała nowa gwiazda filmowa wielkiego kalibru Irma Witowska) i scenariusz na podstawie sztuki znanego ukraińskiego dramaturga Pawła Arje (Na początku i na końcu czasów).

 

Mamy tu wszystko: kosmitów, radiację, skorumpowanego policjanta, nowobogackich, którzy jeżdżą do Strefy Wykluczenia na pijackie safari i bijatyki, rusałki i demony, siły przyrody, potwory, sumy świecące w wodzie, ciężką, czasem nawet nieprzyjemną postapokaliptyczną estetykę, ukraińskie lata dziewięćdziesiąte w całej ich brzydocie i chaotyczności, a także magiczną, transcendentalną poleską babcię Prisię. Uosabia ona naród ukraiński, jego głębokie pogańskie korzenie i niełatwe życie współczesne.

Kolejny wartościowy film poświęcony historii najnowszej, który odniósł sukces komercyjny, to Iłowajsk 2014 w reżyserii Iwana Tymczenki. Opowiada o współczesnej wojnie na wschodzie Ukrainy. Biszut, dowódca grupy szturmowej batalionu Donbas, ranny w walkach o Iłowajsk, cudem pozostaje przy życiu w okupowanym mieście. Poszukuje go mianowany na komendanta Iłowajska rosyjski oficer Runkow. Dla niego ta wojna stała się osobistą tragedią, szuka więc nie tyle sprawiedliwości, ile zemsty.

Iłowajsk 2014 to przede wszystkim film wojenny i nie brakuje w nim widowiskowych scen batalistycznych. Zwolennikom ostrego kina akcji z pewnością przypadnie do gustu. Być może pod tym względem najlepiej spośród ukraińskich filmów ostatnich lat odpowiada wzorcom hollywoodzkim, jednak największe wrażenie sprawiają nie bójki i strzelaniny, tylko prostota głównych bohaterów. Dzięki ich nieheroiczności postacie są psychologicznie przekonujące i bliskie widzowi. Z uwagi na to, że w filmie wystąpili nie tylko profesjonalni aktorzy, lecz również prawdziwi uczestnicy wojny na Donbasie, Iłowajsk 2014 rozbraja odbiorcę szczerością. Nawiasem mówiąc, na film nie wydano ani hrywny z budżetu państwowego. Sfinansowali go w całości sponsorzy i osoby prywatne.

Największym sukcesem początku 2020 roku okazał się debiutancki film Antonia Łukicza Moji dumky tychi. Mało kto wierzył w tę komedię, prawie nie była reklamowana, a na jej pokazanie zdecydowało się niewiele kin. Wysoki poziom zrobił jednak swoje: wieść, że to faktycznie znakomite kino, za pośrednictwem sieci społecznościowych rozeszła się błyskawicznie i wkrótce przed kasami kin ustawiły się kolejki. Następnie zaszło bezprecedensowe wydarzenie. Właściciele kin zorientowali się w rozmiarach sukcesu i policzyli zyski, po czym rozszerzyli geografię projekcji i wydłużyli dystrybucję o dodatkowe dwa tygodnie!

Komedia Moji dumky tychi opowiada o młodym ukraińskim freelancerze, który zamierza wyemigrować do Kanady, ale musi w tym celu wykonać trudne zadanie – nagrać odgłosy różnych zwierząt w Karpatach. Jedzie tam z mamą, dzięki czemu fabuła zostaje wzbogacona garścią dramatycznych elementów o wiecznym konflikcie pokolenia rodziców i dzieci. Rzecz dzieje się w nieprzypudrowanej, do bólu znajomej ukraińskiej codzienności. Widz śmieje się sam z siebie, bo w takich właśnie dekoracjach musi żyć. Ten niebanalny film nie jest prostą komedią, zmusza do myślenia i współodczuwania. W dodatku otrzymaliśmy naoczny dowód, że nawet debiut kinowy (i to w warunkach skromnego kosztorysu na zaledwie dziewięć milionów hrywien!) może być nader udany. Niewątpliwie Moji dumky tychi to wielkie wydarzenie w ukraińskiej kinematografii, a także argument, by uważnie śledzić przyszłą twórczość Łukicza.

 

Lepiej było tego nie oglądać!

Mimo wszystko nie pojawiło się zbyt wiele udanych, uwieńczonych komercyjnym sukcesem produkcji. Większośćnowych filmów sprawia wrażenie „surowych” i niedopracowanych. Zdarzają się oczywiste porażki. O dziwo, najwięcej słabych filmów jest wśród obrazów historycznych – tych, które powinny rozwijać patriotyzm, popularyzować ukraińską wersję historii i kształtować nową ukraińską tożsamość.

Falę druzgoczącej krytyki wywołał Tajemnyj szczodennyk Symona Petlury Ołesia Janczuka. Fabuła obejmuje okres życia naczelnego dowódcy armii Ukraińskiej Republiki Ludowej i szefa Dyrektoriatu URL w trakcie emigracji w Paryżu – aż do dnia, w którym Petlurę zabił anarchista pochodzenia żydowskiego Szolem Szwarcbard. Niestety, reżyser zupełnie nie poradził sobie z tematem. Tajnego dziennika w filmie prawie nie ma, Bohdan Beniuk w roli Hruszewskiego jest fatalny, stylistyka obrazu trąci sowieckim prymitywizmem, a sceny batalistyczne zostały źle nakręcone. Na odrębną antynagrodę zasługuje dźwięk. Mówiąc szczerze, pod pozorami filmu widzowi zaproponowano marną sztukę teatralną.

Największą słabością tej produkcji jest postać Symona Petlury. Wygląd i maniery aktora Serhija Frołowa imponują, niestety scenarzystom i reżyserowi nie udało się wypełnić tego obrazu treścią. Stworzyli czysto sowieckiego, prostolinijnego bohatera-narratora, który chodzi tam i z powrotem, pali i martwi się o Ukrainę, przywołuje wspomnienia i zadręcza się poczuciem winy. Żona przypomina mu, że kiedyś był wesoły i ładnie śpiewał, ale reżyser nie zechciał nam zademonstrować tych atrakcji. Petlura Janczuka jest robotem o niewielu funkcjach: potrafi smucić się z powodu swych porażek, załamywać ręce nad Ukrainą i sypać banałami. Zdaniem reżysera tak powinien wyglądać film patriotyczny, wątpię jednak, czy ktoś pod wpływem takiego obrazu poczuje dumę z przynależności na narodu ukraińskiego.

 

Bitwa pod Krutami 29 stycznia 1918 roku, w której młodzi gimnazjaliści, praktycznie jeszcze dzieci, bronili Kijowa przed atakiem bolszewików, dla wielu Ukraińców jest symbolem patriotyzmu i ofiarności, napisano o niej wspaniałe utwory literackie i omawia się ją szczegółowo na szkolnych lekcjach historii. Film Ołeksija Szapariewa Kruty 1918 to kolejny krok w popularyzowaniu historii Ukrainy i jej bohaterów. Niestety, niezbyt udany, choć nie jest zupełnym bublem i w jakiś niepojęty sposób porusza widza.

Najbardziej przeszkadzają fałszywa intonacja i nadmierna (teatralna) gestykulacja niektórych aktorów. To zresztą wspólny problem większości ukraińskich filmów. Z uwagi na to, że wcześniej powstawało mało produkcji kinowych, aktorzy teatralni po prostu nie potrafią zachować się przed kamerą. Tam, gdzie wystarczyłoby zwykłe uniesienie brwi, krzyczą i wymachują rękoma, bo tak się robi w salach teatralnych na osiemset miejsc. Innym poważnym problemem ukraińskiej kinematografii są nienaturalna intonacja i anachroniczność języka. Rzecz w tym, że wielu aktorów jest na co dzień rosyjskojęzycznych, więc mają trudności z prawidłową wymową ukraińskich słów. Drugie nieszczęście bierze się stąd, że językowi ukraińskiemu w kinie często brakuje emocjonalności i slangowości.

Powyższe dwa filmy nie spełniają swej funkcji „patriotycznej” z jeszcze innego powodu. Ukraińskie kino o ukraińskiej historii może realnie działać tylko wówczas, gdy oglądają je miliony widzów, a te filmy przyciągnęły znacznie mniej chętnych – nawet nie setki tysięcy, a zaledwie dziesiątki tysięcy (dochód ze sprzedaży biletów na film o Petlurze wyniósł 2,5 miliona hrywien, a wydano na niego 23,5 miliona z państwowej kasy). Filmy historyczne należy pokazywać uczniom i studentom, młodzieży, maksymalnie szerokim warstwom społecznym, i nie tylko w kinach, lecz także w telewizji. Państwo wykłada już pieniądze na produkcję filmów, ale konieczne są również inwestycje w reklamę, żeby oglądały je miliony, a nawet dziesiątki milionów Ukraińców.

 

Zmiana władzy a przemysł filmowy

Totalna zmiana władzy na Ukrainie dotyczyła również kinematografii. W styczniu 2020 roku rząd wymienił szefa Derżkina (Państwowej Agencji Ukrainy do spraw Kinematografii) – instytucji, która finansuje produkcje filmowe i ma na ten cel niemal osiemset milionów hrywien z państwowego budżetu. Mimo że ludzie z branży w konkursie na to stanowisko wspierali Julię Sińkewycz (producentkę generalną Odeskiego Festiwalu Filmowego, największego na Ukrainie), nowa władza zdecydowała się na Marynę Kuderczuk, która nie zna się na produkcji filmów, a całe jej „doświadczenie w kinematografii” sprowadza się do funkcji dyrektora prowincjonalnego kina. Jeszcze do niedawna pani Kuderczuk zajmowała się polityką rolną w obwodzie zaporoskim!

Jaki cel stawia przed sobą nowa władza, mianując na tak odpowiedzialne stanowisko osobę bez wiedzy i doświadczenia? Bardzo prosty: kontrolować ją i kierować każdym jej ruchem. Przecież prezydent i jego otoczenie wywodzą się właśnie z biznesu rozrywkowego, zarobili niemało na swoich filmach i serialach, więc z pewnością mają własną wizję rozwoju tej dziedziny. Niejednokrotnie krytykowali zresztą produkowanie filmów historycznych i patriotycznych, wyrażali oburzenie, że państwo może finansować tylko filmy ukraińskojęzyczne, uwierały ich również kwoty muzyczne regulujące nadawanie w radiu ukraińskich piosenek itp.

Za wcześnie, by mówić o realnych następstwach zmiany szefa Derżkina, ponieważ produkcja filmowa jest procesem długotrwałym i kosztownym. Warto podkreślić, że prace nad filmami, które odniosły sukces w styczniu 2020 roku, rozpoczęto dwa, trzy lata wcześniej. Chciałbym zatem wierzyć, że wraz ze zmianą władzy nie doświadczy zmian system państwowego wsparcia dla ukraińskiej kinematografii. W ciągu ostatnich kilku lat wykazało ono wszak wzrost nie tylko ilościowy, lecz także jakościowy.

Najlepszym potwierdzeniem, że kino ukraińskie żyje i rzeczywiście wywiera wpływ na społeczeństwo, jest obecny prezydent Ukrainy, rok temu zaledwie aktor w serialu politycznym. Oglądajcie zatem współczesne ukraińskie filmy – być może poznacie nazwisko następnego strażnika ukraińskiej konstytucji.

 

Przełożył Marcin Gaczkowski


Polecamy inne artykuły autora: Andrij Lubka
Powrót
Najnowsze

Wiatr zmiany

06.07.2020
Olga Dryndova

 Słabnący paternalizm państwowy na Białorusi łączy się z niskim poczuciem zaufania do władz. Według badań z lat 2017–2018 jedynie około 40 procent Białorusinów ufało władzom państwowym, w tym 34 procent ministrom, a 33 procent władzom lokalnym.

 
Czytaj dalej

„Nas tu nie ma” czyli niesłyszalny głos białoruskiego środowiska LGBT

29.06.2020
Maxim Rust Nick Antipov Nasta Mancewicz Milana Levitskaya
Czytaj dalej

Kampania prezydencka na Białorusi: (nie)oczywiste wybory

26.06.2020
Maxim Rust Yahor Azarkevich
Czytaj dalej

Społeczeństwo obywatelskie na Białorusi już jest

21.06.2020
Czytaj dalej

Wakacyjna promocja na prenumeratę roczną NEW!

16.06.2020
Czytaj dalej

Zderzenie pamięci

08.06.2020
Kristina Smolijaninovaitė
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2020 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu